EFILA 2dn Annual Lecture – już w listopadzie!

16/09/2016

Informacja dla wszystkich zainteresowanych tematyką arbitrażu inwestycyjnego! Na dzień 9 listopada 2016 roku EFILA (European Federation for Investment Law and Arbitration) zaplanowała drugą edycję Annual Lecture, w ramach której, w Brukseli (w Press Club Brussels) wykład pt.”The Phoenix to emerge from the ashes of TTIP and CETA: an international appellate court for investment disputes in Europe …” wygłosi Johnny Veeder QC. Zarejestrować można się tutaj.

Na zachętę dodam, iż prelegentem zeszłorocznej edycji była prof. Sophie Nappert, a wykład który wówczas wygłosiła zdobył nagrodę Global Arbitration Award 2016 w kategorii najlepszy wykład/przemowa. Miałem niewątpliwą przyjemność wziąć udział w tym evencie, który, wobec ówczesnych tragicznych wydarzeń w Brukseli został dosyć nagle przeniesiony do Londynu, do tamtejszego oddziału Allen&Overy (co niestety istotnie zredukowało liczbę uczestników). Jednakże, mimo tych perturbacji prof. Nappert wygłosiła bardzo interesujący wykład, którego pisemny skrót można znaleźć tutaj. A potem, w ramach „Drinks reception” mogłem dowiedzieć się od rodaków, jak się pracuje w dużej firmie prawniczej w Londynie. Ale to temat na osobny post. To była naprawdę udana impreza na wysokim poziomie merytorycznym.

Na zakończenie dodam tylko, że EFILA, jako organizacja działa całkiem prężnie, a do tego z widocznym polskim akcentem (o tym wkrótce). Dlatego też polecam wszystkim zainteresowanym śledzenie organizowanych przez nią eventów – zawsze znajdzie się ktoś, kto mówi po polsku.

 

Prokura, użytkownie wieczyste i pewność prawa

02/10/2015

Co mają wspólnego prokura oraz użytkowanie wieczyste? Na pierwszy rzut oka niewiele ale odpowiedź jest prosta – obie te instytucje były przedmiotem analizy niedawnych orzeczeń Sądu Najwyższego ([tu] oraz [tu]). Oczywiście żaden to wyznacznik wyjątkowości, bo orzeczeń w różnych sprawach Sąd Najwyższy wydaje całkiem sporo, ale te dwa wzbudziły moją szczególną uwagę, a to z uwagi na sprawy, którą zajmowałem się zawodowo.

I tak w pierwszym z orzeczeń (uchwała 7 sędziów, z 30/01/2015, III CZP 34/14), Sąd Najwyższy przesądził (jak dla mnie sprawę oczywistą), że „niedopuszczalny jest wpis do rejestru przedsiębiorców w Krajowym Rejestrze Sądowym jednego prokurenta z zastrzeżeniem, że może on działać tylko łącznie z członkiem zarządu„. Kwestia jak, jak trafnie zauważył Sąd Najwyższy była przedmiotem zarówno orzeczniczych, jak i doktrynalnych sporów, a poza tym praktyka sądów rejestrowych dopuszczała takie ukształtowanie stosunku prokury. Wobec takiego rozstrzygnięcia automatycznie pojawiło się pytanie o ważność tysięcy czynności prawnych dokonanych przez prokurentów niewłaściwych, którzy zostali skutecznie ujawnieni w KRS. Odpowiedź na to pytanie w całkiem zgrabny sposób udzielił sam Sąd stwierdzając, że „przyjęta w uchwale wykładnia obowiązuje tylko pro futuro od chwili jej podjęcia„. Oczywiście stwierdzenie to Sąd poprzedził głębszym wywodem, który zasługuje na przytoczenie:

Przyjęta wykładnia przepisów o prokurze i reprezentacji spółki kapitałowej nie ma zastosowania do oceny skutków czynności prawnych dokonanych przez ustanowionych niezgodnie z nią prokurentów. Biorąc pod uwagę, że istniała długoletnia, tolerowana przez wiele sądów rejestrowych praktyka uznawania tzw. prokur łącznych niewłaściwych, przyjęta wykładania przepisów o prokurze nie powinno prowadzić do podważenia bezpieczeństwa obrotu i możliwości pozbawiania skuteczności wielkiej ilości czynności prawnych, dokonanych przez prokurentów ustanowionych w ten sposób. Skoro ustanawianie tego rodzaju prokur było spowodowane występowaniem rozbieżności interpretacyjnych w stosowaniu prawa przez podmioty zobowiązane do przestrzegania norm prawnych oraz przez organy powołane do ich stosowania w takiej sytuacji istnieje możliwość ograniczenia wstecznego stosowania ustalonej interpretacji przepisu„.

I nie można się nie zgodzić, że coś w tym jest. Tym bardziej, że te słowa to dobra odpowiedź na zadawane przeze mnie (i zapewne nie tylko przeze mnie) od wielu już lat pytanie – jak to jest, że jedno orzeczenie może „do góry nogami” przewrócić określony stan prawny (i do tego w sposób praktyczny „eksploatowany”) .

Teraz drugie orzeczenie (uchwała z 13/03/2015, III CZP 116/14), od razu zastrzec muszę, że nie jest to „siódemka”, tak jak to pierwsze. W tym wypadku Sąd Najwyższy orzekł, że „Użytkownik wieczysty nie może dokonać podziału gruntu oddanego mu w użytkowanie wieczyste„. W telegraficznym wręcz skrócie oznacza to, że użytkownik wieczysty nie może zbyć prawa użytkowania wieczystego w części, tj. w stosunku tylko do części nieruchomości, którą otrzymał w użytkowanie wieczyste.

Nie wnikając głębiej w treść orzeczenia chciałbym wskazać, że oto miałem do czynienia z przypadkiem gdzie wspólnik spółki z o. o. na pokrycie udziałów w podwyższonym kapitale zakładowym wniósł wkład niepieniężny w postaci prawa użytkowania wieczystego dwóch działek położonych w miejscowości B., czego skutkiem było odłączenie tych dwóch działek od księgi wieczystej X i założenie dla tych dwóch działek księgi wieczystej Y, w której jako właściciela wpisano Gminę B. oraz jako użytkownika wieczystego spółkę T. A wszystko to działo się już prawie 20 lat temu.

No i powstaje zasadnicze pytanie – „co teraz?”. Bo skoro Sąd uchwalił, że nie można „dzielić” użytkowania wieczystego, to powstaje ryzyko, że ktoś wpadnie na pomysł wystąpienia z powództwem o uzgodnienie treści księgi wieczystej, co z kolei będzie potem miało swoje konsekwencje na linii (były) wspólnik – spółka, ale przede wszystkim może być katastrofalne w skutkach dla samej spółki, która przedmiotową nieruchomość intensywnie wykorzystuje.

Nie ma wątpliwości, że kwestia którą zajął się Sąd Najwyższy w uchwale z dnia 13 marca 2015 roku była przedmiotem „rozbieżności interpretacyjnych„, jak również istniaładługoletnia, tolerowana praktyka sądów” w tym zakresie. Ale jakiejkolwiek wzmianki o obowiązywaniu „pro futurobrak. A przecież aż się prosi, ażeby Sąd Najwyższy odniósł się do wieloletniej odmiennej praktyki sądów wieczystoksięgowych…

W świetle tak oczywistego faktu, jakim jest to, że orzeczenia Sądu Najwyższego nie są źródłem prawa, jak również brzmienia ustawy o Sądzie Najwyższym – powstaje kolejne pytanie, a to: czy może w uchwale III CZP 34/14 Sąd Najwyższy posunął się o krok za daleko (uzurpując sobie kompetencje podobne do tych, które ma Trybunał Konstytucyjny), czy też może jest to celowa próba wypełnienia luki w prawie, która powoduje, że orzecznictwo Sądu Najwyższego może generować potencjalne roszczenia obywateli wobec Skarbu Państwa? Osobiście skłaniam się ku drugiej opcji, nie mając wątpliwości, że Sąd Najwyższy wydając tę uchwałę uporządkował powstały „bałagan orzeczniczy”, mając przy tym świadomość, jakie mogą być koszty takiego sprzątania.

Jakkolwiek zatem Sąd Najwyższy nie posiada kompetencji prawotwórczej, a jego orzeczenia nie stanowią źródła prawa, to nie ma najmniejszej wątpliwości (to wręcz truizm), że ich treść wpływa i będzie wpływała na treść istniejących stosunków prawnych. Przypadków, takich jak ten, który przywołałem powyżej jest całe mnóstwo, o czym wie każdy (no może nie każdy) praktykujący prawnik. Stąd, być może, należałoby rozważyć odpowiednią ingerencję ustawodawczą. Być może dyskusję o takowej chciał właśnie sprowokować Sąd Najwyższy?

edit: właśnie zdałem sobie sprawę, że to pierwszy post po prawie trzyletniej przerwie. Spieszę wytłumaczyć się, że przerwa ta była spowodowana obawą przed włączeniem mnie w poczet polskiej blogosfery, a nie mam jeszcze pomysłu na żadną powieść motywacyjną, którą mógłbym uraczyć czytelników. Żart. Oczywiście. 

Beneficjentem polisy ubezpieczeniowej być…

23/11/2012

to nie proste zadanie. Przekonałem się o tym osobiście na własnej skórze, a za niedługo przekonam się i na własnym portfelu. Jedyny pozytyw jest taki, że oto pewne towarzystwo ubezpieczeniowe, którego nazwa może sugerować, że będę beneficjentem czegoś, dostarczyło mi materiału na kolejny wpis.

Sytuacja dosyć prosta. Podczas parkowania samochodu na parkingu podziemnym słup stojący zawsze w tym samym miejscu podstępnie zmienił swoje położenie i wtargnął na tor jazdy samochodu, którym akurat cofałem aby wjechać na miejsce parkingowe. Fizyka zadziałała i na karoserii mojego kompaktowca pojawiło się wgniecenie. A więc i szkoda, którą z polisy AC należy zlikwidować, żeby pojazd znowu prezentował się zacnie i estetycznie.

Rzeczoną szkodę zgłosiłem, po czym umówiłem się do autoryzowanego serwisu pewnej marki na oględziny. Wszystko wspaniale do czasu kiedy zapytałem o samochód zastępczy. Pytanie było oczywiście grzecznościowe bo nie wyobrażałem sobie, że może być z tym problem skoro na polisie jasno napisano „SAMOCHÓD ZASTĘPCZY DO 7 DNI”. Szybko jednak zostałem sprowadzony na ziemię kiedy pan z salonu wyłożył mi że zgodnie z OWU, które raczyłem byłem zaakceptować:

1. Pomoc w  zakresie samochodu zastępczego należy się, jeżeli:
1) zostało spełnione świadczenie holowania chyba, że:
a) pojazd został utracony w  wyniku kradzieży oraz,
b) Ubezpieczony niezwłocznie zawiadomił o utracie pojazdu właściwy
organ ścigania i  przesłał kopię zawiadomienia Towarzystwu.
2) pojazd nie może być naprawiony w dniu, w którym doszło do zdarzenia.

Do tego czytamy, że:

Pomoc w  zakresie holowania pojazdu obejmuje odholowanie pojazdu z  miejsca jego postoju do najbliższego ASO albo do innego zakładu naprawczego mechaniki pojazdowej wskazanego przez Towarzystwo. Świadczenie to należy się, gdy naprawa na trasie jest niemożliwa.

Lektura powyższego prowadzi do wniosku, że idea jaka najwyraźniej przyświecała autorowi ww. zapisów było ograniczenie możliwości świadczenia ochrony w postaci samochodu zastępczego do sytuacji, w których pojazd, po uszkodzeniu jest zdolny do dalszej jazdy, ale na czas naprawy będzie unieruchomiony – czyli w tych przypadkach, z którymi w rzeczywistości mamy do czynienia najczęściej.

Pozwolę sobie zauważyć – kierując te słowa do autorów rzeczonych OWU, że sposób na uniknięcie konsekwencji, które spotkały mnie (wobec mej wówczas nieświadomości prawnej) i tym samym cieszenie się radością jaką daje prowadzenie pojazdu zastępczego, jest tak banalnie prosty, jak i…idiotyczny zarazem.

Otóż, kiedy to już sprawca w postaci słupa zakończył swój atak na lewy bok mojego pojazdu pierwsze co powinienem zrobić to wykonać telefon na infolinię towarzystwa ubezpieczeniowego i poprosić o „spełnienie świadczenia holowania”. Właśnie tak. To nie szkodzi, że samochód ma jedynie lekkie wgniecenie karoserii i przetarty lakier, co jak uczy nowoczesna technika – nijak się ma do możliwości dalszego poruszania się pojazdem. Wszak autor OWU zapisał, że świadczenie holowania należy mi się albowiem „naprawa w trasie jest niemożliwa”. No nie była, bo nie mam w zwyczaju wozić ze sobą podręcznego zestawu blacharsko-lakierniczego. A więc, jak to się mówi warunki formalne są”. Inaczej tego zapisu interpretować się nie da. Drugą czynnością powinno być przejechanie się lawetą (jako pasażer) do serwisu, który wykona naprawę. Trzecią czynnością powinno być obserwowanie jak samochód zjeżdża z lawety i następnie zajęcie miejsca kierowcy i odjechanie samochodem do domu. Czwartą i ostatnią czynnością powinno być umówienie się na oględziny i ustalenie terminu naprawy. Tę czynność można połączyć z ad 3, jak kto woli.

Ja, niestety, byłem na tyle niemądry, że po ataku słupa nie wykazałem się ułańską fantazją i pominąłem czynności ad 1-3, przez co pozbawiłem się prawa do pojazdu zastępczego w ramach świadczenia ubezpieczeniowego.

Pomijając jednak moją osobistą tragedię, powyższe skłania do refleksji, że ubezpieczyciel albo zapomina, względnie robi to z premedytacją (obstawiam to drugie), że istnieje cała masa takich uszkodzeń, które jakkolwiek nie dadzą się usunąć w trasie to nie powodują konieczności holowania pojazdu. Oczywistym za to jest, że taki samochód zastępczy będzie miał znaczenie wówczas, gdy kierowca – w związku z naprawą – będzie tego pojazdu chwilowo pozbawiony. Dlatego też, w mojej ocenie, wymaganie od ubezpieczonego ażeby dla uzyskania świadczenia w postaci samochodu zastępczego najpierw obligatoryjnie skorzystał ze świadczenia holowania jest niczym innym jak tylko rażącym ograniczaniem przypadków w których ta ochrona ubezpieczeniowa będzie działa. Rażącym ale i podanym w dosyć zawoalowany sposób. Bo gdyby jasno powiedziano, że samochód zastępczy przysługiwał tylko w razie uszkodzenia uniemożliwiającego poruszanie się pojazdem, wówczas komunikat byłby o wiele bardziej czytelny. Z pewnych przyczyn tak się nie stało, a klientom pozostaje skorzystanie z mojego skromnego poradnika, chociaż nie łudźmy się, bez walki samochodu zastępczego nie oddadzą.

Nie za bardzo chce mi się zatem wierzyć, że inna niż wskazana poowyżej, była intencja autorów OWU. Świadczy o tym przede wszystkim niechlujne i pobieżne potraktowanie tematu, a przede wszystkim brak precyzyjnego uregulowania sytuacji, w których świadczenie holowania winno być należne. Tak jak pisałem, nawet małego otarcia lakieru nie naprawimy w trasie, ale jeśli się go nabawimy to do głowy nam nie przyjdzie prosić o holowanie (i właśnie na tym bazuje omawiany mechanizm). No ale wedle autorów cytowanych OWU tak należałoby zrobić.

A zatem, ktoś się skusi na holowanie samochodu po lekkim spotkaniu ze słupem? Jeśli tak,to będę wdzięczny za relację.

Problem egzekucji wierzytelności w walucie obcej

29/08/2012

Korzystając z nadmiaru wolnego czasu, jaki otrzymałem dzięki pewnemu przewoźnikowi kolejowemu, nadrabiam zaległości w publikowaniu. Dzisiaj zatem, chciałbym przybliżyć pewien dosyć istotny problem natury proceduralno-egzekucyjnej, nad którym ustawodawca konsekwentnie zdaje się przechodzić do porządku dziennego (pomimo tego, że istnienie problemu zauważają także mądrzejsi ode mnie).

Otóż, zgodnie z art. 358 KC: Jeżeli przedmiotem zobowiązania jest suma pieniężna wyrażona w walucie obcej, dłużnik może spełnić świadczenie w walucie polskiej, chyba że ustawa, orzeczenie sądowe będące źródłem zobowiązania lub czynność prawna zastrzega spełnienie świadczenia w walucie obcej. A wartość waluty obcej określa się według kursu średniego ogłaszanego przez Narodowy Bank Polski z dnia wymagalności roszczenia, chyba że ustawa, orzeczenie sądowe lub czynność prawna stanowi inaczej. W razie zwłoki dłużnika wierzyciel może żądać spełnienia świadczenia w walucie polskiej według kursu średniego ogłaszanego przez Narodowy Bank Polski z dnia, w którym zapłata jest dokonana.

Prosty wniosek z prostego przepisu: jeżeli przedmiotem zobowiązania jest suma wyrażona np. w EUR to możemy żądać jej spełnienia w EUR przy czym dłużnik może zwolnić się z zobowiązania płacąc nam równowartość w PLN po przeliczeniu po kursie z dnia wymagalności świadczenia. W przypadku jednak zwłoki dłużnika wierzyciel może żądać przeliczenia wedle kursu z dnia zapłaty. Taki stan prawny obowiązuje od 24 stycznia 2009 roku.

Teraz przeskakujemy do KPC i art. 783§1 w którym wyczytamy, że jeżeli przepis szczególny nie stanowi inaczej, tytułowi egzekucyjnemu opiewającemu na świadczenie pieniężne w walucie obcej sąd nada klauzulę wykonalności ze zobowiązaniem komornika do przeliczenia zasądzonej kwoty na walutę polską według średniego kursu waluty obcej ogłoszonego przez Narodowy Bank Polski na dzień sporządzenia planu podziału, a jeżeli planu nie sporządza się – na dzień wypłaty kwoty wierzycielowi.

Na jedno nawet oko widać już, że coś tu nie gra. Na samym początku myślałem, że może wszystko jest w porządku, a stwierdzenie „jeżeli przepis szczególny nie stanowi inaczej” załatwia sprawę i nie ma problemu. Ale o tym, że myliłem się znacząco przekonałem się, kiedy przyszło mi wyegzekwować należność w EUR.

Do pewnego sądu w pewnym mieście złożyłem wniosek o nadanie klauzuli wykonalności nakazowi zapłaty opiewającemu na kwotę wyrażoną w EUR. Sąd klauzulę nadał, ale bez zobowiązania do przeliczenia, o którym mowa w art. 783 KPC. Przyklasnąłem temu pomysłowi albowiem wedle art. 358 KC mogłem oczekiwać spełnienia świadczenia w EUR, a na pewno wskazać datę przeliczenia kwoty z EUR w razie zapłaty w PLN. Kilka dni potem okazało się jednak, że nic z tego, bo komornik egzekucji podjąć się nie podejmuje, bo klauzula wykonalności mu się nie podoba. Najwyraźniej komornik nie podzielił mojego poglądu co do tego, że art. 358 KC to właśnie ten inny przepis (ale też mu się nie dziwię, bo KC nie określa brzmienia klauzuli wykonalności).

Wniosek z tego taki, że przepis art. 783§1 KPC nie przystaje do „nowego” (tj. obowiązującego od 3 lat) brzmienia art. 358 KC i tym samym wymaga pilnej nowelizacji. Od razu dodam, że sformułowanie „pilna nowelizacja” zaczerpnąłem od prof. Gniewka, który chyba, jako jedyny zdaje się zauważać ten problem. Na pewno nie zauważa go ustawodawca nowelizując przepis art. 783 KPC w takim zakresie, jakby tego problemu nie było. No chyba, że go nie ma, a kluczem jest ten „przepis szczególny”. Ale jeżeli tak, to ustawodawca powinien wytłumaczyć to przynajmniej niektórym komornikom.

Reasumując, w obecnym stanie prawnym najwyraźniej mamy konflikt dwóch przepisów, w którym:

a) jeden przepis (art. 358 KC) pozwala nam domagać się zapłaty w walucie obcej, podczas gdy drugi (art. 783§1 KPC) nakazuje komornikowi przeliczenie kwoty w walucie na złotówki –
i to najwyraźniej niezależnie od woli dłużnika;
b) w razie deklaracji dłużnika co do spełnienia świadczenia w PLN – jeden przepis pozwala nam wybrać datę kursu po którym nastąpi przeliczenie waluty obcej na złotówki, podczas gdy drugi narzuca nam tę datę.

Póki co zatem należy chyba intencję ustawodawcy rozumieć tak, że przepisy art. 358 KC będą miały zastosowanie w razie dobrowolnego spełnienia świadczenia, a art. 783§1 KPC – w razie egzekucji tego świadczenia. Ciekawe rozwiązanie , które pozwala dłużnikowi odpowiednio „ustawić się” w zależności od kursu waluty w chwili wymagalności świadczenia a egzekucji.

Cóż mogę więc powiedzieć? Regulacja ta wymaga pilnej nowelizacji, bo nawet jeżeli przyznać rację prof. Gniewkowi, że regulacja art. 358 KC ma tutaj pierwszeństwo, to i tak brak przepisów proceduralnych regulujących sposób wykonywania uprawnień przez wierzyciela, ale i możliwość decydowania przez dłużnika o wyborze waluty. A tak w ogóle to aż dziw, że tylko prof. Gniewek zauważa ten problem. Spora część komentatorów procedury cywilnej w ogóle nie odnotowuje problemu. A więc może go nie ma, a tylko ja (i prof. Gniewek) się mylę? Ciekaw jestem Państwa zdania.

Prasowe prawo o ustroju sądów powszechnych

18/05/2012

Dzisiaj, całkowicie przypadkiem spożywając poranną kawę dokonałem ciekawego spostrzeżenia. Otóż, jeden z ogólnopolskich dzienników – przy okazji przekazania informacji o nowelizacji KPC – uraczył czytelników informacją, iż „właściciel firmy nie musi iść z pozwem przeciwko swojemu kontrahentowi do sądu gospodarczego. Jego sprawę rozpozna sąd cywilny„.

Oczywiście rozumiem płytszy sens jaki kryje się za tym stwierdzeniem, ale nie można nie przyczepić się do takiego zaprezentowania tematu. Jest ono bowiem co najmniej mylące albowiem sugeruje, że nowelizacja KPC dotycząca likwidacji postępowania odrębnego w sprawach gospodarczych, będzie w jakikolwiek sposób wpływała na właściwość sądów rozpoznających sprawy, które wedle ustawy o rozpoznawaniu przez sądy spraw gospodarczych (nie mówię tutaj o drobnej nowelizacji art. 2). Można by więc błędnie zakładać, że składając pozew w sprawie, która wcześniej byłaby rozpoznana w trybie odrębnym, będziemy go składali do wydziału cywilnego, a nie gospodarczego (a to robi dużą różnicę, mając na względzie ilość i właściwość miejscową wydziałów gospodarczych – w porównaniu do cywilnych).

Otóż, wbrew temu co sugeruje przywołany przeze mnie tekstowo i graficznie nagłówek, ustawa o rozpoznawaniu przez sądy spraw gospodarczych ma się dobrze i obowiązuje nadal. A zatem nadal występując z powództwem w sprawie, która przez ustawę traktowana jest jako sprawa gospodarcza, pozew będziemy składać do wydziału gospodarczego (sądu gospodarczego) właściwego rzeczowo sądu.

Dla formalności, najważniejszy fragment ustawy w obecnym brzmieniu:

art. 1 Rozpoznawanie spraw gospodarczych powierza się sądom rejonowym i sądom okręgowym, w których tworzy się odrębne jednostki organizacyjne (sądy gospodarcze).

art. 2 1. Sprawami gospodarczymi są sprawy ze stosunków cywilnych między przedsiębiorcami w zakresie prowadzonej przez nich działalności gospodarczej.
2. Ponadto sprawami gospodarczymi są sprawy:
1) określone w ust. 1, choćby którakolwiek ze stron zaprzestała prowadzenia działalności gospodarczej,
2) ze stosunku spółki oraz dotyczące roszczeń, o których mowa w art. 291-300 i art. 479-490 ustawy z dnia 15 września 2000 r. – Kodeks spółek handlowych (Dz.U. Nr 94, poz. 1037, z późn. zm.3)),
3) przeciwko przedsiębiorcom o zaniechanie naruszania środowiska i przywrócenie do stanu poprzedniego lub o naprawienie szkody z tym związanej oraz o zakazanie albo ograniczenie działalności zagrażającej środowisku,
4) między organami przedsiębiorstwa państwowego,
5) między przedsiębiorstwem państwowym lub jego organami a jego organem założycielskim lub organem sprawującym nadzór,
6) z zakresu prawa upadłościowego i naprawczego,
7) o nadanie klauzuli wykonalności tytułowi egzekucyjnemu, którym jest orzeczenie sądu gospodarczego prawomocne lub podlegające natychmiastowemu wykonaniu albo ugoda zawarta przed tym sądem, jak również innemu tytułowi egzekucyjnemu, obejmującemu roszczenia, które, gdyby były rozpoznawane przez sąd, należałyby do właściwości sądów gospodarczych,
8) o pozbawienie wykonalności tytułu wykonawczego opartego na prawomocnym lub podlegającym natychmiastowemu wykonaniu orzeczeniu sądu gospodarczego albo ugodzie zawartej przed tym sądem, jak również innego tytułu wykonawczego obejmującego roszczenie, które, gdyby było rozpoznawane przez sąd, należałoby do właściwości sądów gospodarczych,
9) o ustalenie, że orzeczenie sądu lub rozstrzygnięcie innego organu państwa obcego wydane w sprawie gospodarczej podlega albo nie podlega uznaniu,
10) inne, przekazane przez odrębne przepisy.

Złota era (sądowej) cyfryzacji

21/04/2012

Nieszczególnie ostatnio byłem w stanie znaleźć sobie temat, który mógłbym poroztrząsać na forum publicznym, ale oto wreszcie z pomocą przyszedł mi (jak nierzadko) ustawodawca, ale jednakże trochę również autor tej oto publikacji zamieszczonej w Rzeczpospolitej, w której przedstawione zostały nam wady i zalety nieuchronnie nadciągającego elektronicznego protokołu rozprawy. Znaczy się same zalety, bo wad podobno nie stwierdzono.

Autor wspomnianej powyżej publikacji zdaje się stać na stanowisku, że e-protokoły (jak wszystko teraz, protokoły też będą „e-„) to samo dobrodziejstwo, które zagwarantuje stronom arcyważne i absolutnie fundamentalne prawo do jawnego procesu. A dlaczego? Ano dlatego, że teraz już nic się przed stronami nie ukryje. Przykładowo zatem kiedy sędzia stuknie młotkiem uciszaczem za głośno, albo będzie wobec strony grzeczny inaczej albo kiedy pełnomocnik strony będzie wygłaszał przydługą i niezbyt interesującą mowę – wszystko to, niczym oku wielkiego brata, nie umknie uwadze e-protokołu.

Do tego, autor publikacji stwierdza, że „Nagranie rozprawy z wykorzystaniem adnotacji urzędowych tworzonych przez protokolanta pod nadzorem sędziego oraz z wykorzystaniem prywatnych elektronicznych notatek zapisywanych na komputerze przez sędziego powoduje łatwość wyszukania na nagraniu najważniejszych fragmentów rozprawy i zapoznania się z nimi w czasie przygotowania wyroku, pisania uzasadnienia lub rozpoznania apelacji i zażalenia przez sąd II instancji.”. I to, w zasadzie miałoby, jak rozumiem, stanowić wystarczający argument dla uznania,że e-protokoły mają same zalety.

Ja jednak mam tutaj pewne wątpliwości. Po pierwsze – to, że plik zawierający nagranie będzie posiadał znaczniki, pozwalające na „skakanie” pomiędzy poszczególnymi świadkami, czy etapami rozprawy, to dla mnie nie tyle zaleta, co wręcz oczywista konieczność. Nie wiem doprawdy, jak ustawodawca wyobrażałby sobie egzystencję e-protokołu bez takich znaczników. Po drugie – te „prywatne notatki sędziego”, być może coś pomijam, ale nie widzę w przepisach jakiejkolwiek podstawy prawnej dla ich prowadzenia. Poza tym, jak słusznie autor zauważa są to notatki sędziego, które mają pomóc jemu. I tylko jemu. Ale chciałbym nieśmiało zauważyć, że oprócz sądu w postępowaniu biorą udział również strony. A czasami także ich pełnomocnicy. I ci pełnomocnicy piszą pisma, czasami apelacje lub zażalenia. A to wszystko, podobno w interesie strony. Teraz pełnomocnicy będą mieli oczywiście znacznie łatwiej, szybciej i przyjemniej. Zamiast zamówić kserokopię protokołu rozprawy a na rozprawie poświęcić się kwestiom merytorycznym, będą sami ćwiczyli szybkopisanie i notowali to co mówi strona/świadek, tylko po to żeby oszczędzić sobie organizowania w kancelarii kilkugodzinnego odsłuchowiska.

Dalej mamy też kilka słów o ustnym uzasadnianiu orzeczeń. No to już chyba jednak przesada. Wiadomo, że sędziowie (przynajmniej niektórzy) ucieszą się, że nie będą musieli tworzyć wielostronicowych elaboratów. I nie ma co się im dziwić. Z drugiej jednak strony, ja jednak nie wyobrażam sobie zaskarżenia orzeczenia bez możliwości zapoznania się z pisemnym uzasadnieniem. No może nie do końca, bo są takie proste sprawy gdzie rozstrzygnięcie opiera się na przesądzeniu jednej dosłownie kwestii. Wówczas możemy apelować nawet bez składania wniosku o uzasadnienie (ale zaraz zaraz, wówczas też sąd nie będzie go pisał). Ale ile jest takich spraw? Dużo? Mało? Nie wiadomo. To wszystko zależy. I w tym miejscu należałoby wytknąć autorowi – który kładzie tak duży nacisk na interes stron postępowania, że ten interes właśnie teraz, jak nigdy wcześniej będzie zagrożony, bo w żadnym wypadku ustne, skrótowe uzasadnienie nie zastąpi tego pisemnego, którego z resztą nie trzeba przygotowywać na szybko w dniu ogłoszenia orzeczenia.

Podsumowując, ja osobiście, w instytucji e-protokołu widzę wyłącznie propagandową zagrywkę i przysłowiowe wciskanie kitu, dzięki czemu decydenci będą mogli chwalić się tym, że teraz oto wszystko ruszy z kopyta i popędzi o tę mityczną „jedną trzecią” szybciej. I nic więcej. Bo gdyby komukolwiek zależało na sprawności postępowania oraz interesie stron (przez pryzmat jawności postępowania), to wszystko zostałoby po staremu, a jedynie dodatkowo rozprawy byłyby nagrywane, tak aby, w razie złożenia wniosku o sprostowanie protokołu, sytuacja była jasna. A zamiast tego prostego rozwiązania mamy – jak nie pierwszy raz – całą stertę pieniędzy wyrzuconą w błoto.

Jak nie kijem go, to…garażem

03/03/2012

Muszę przyznać, że do zeszłego tygodnia stopień mojego zainteresowania problemem stawki podatku od nieruchomości dla miejsc postojowych w garażach wielostanowiskowych był raczej znikomy. Sytuacja jednak zmieniła się dosyć dynamicznie, a to w związku z wieczorną wizytą pana posłańca z Urzędu Miasta K. oraz doręczoną mi przez niego decyzją w sprawie podatku od nieruchomości za rok 2012, z której to decyzji dowiedziałem się, że w tym roku zapłacę o jakieś c.a. 300% więcej niż dotychczas. Jak wynika się z treści decyzji za miejsce postojowe w garażu wielostanowiskowym, którego jestem szczęśliwym posiadaczem zostanie pobrany ode mnie podatek w kwocie ok. 7 PLN za jeden metr kwadratowy, a to z uwagi na” poglądy doktryny prawa podatkowego”, która takie miejsca postojowe nakazuje klasyfikować jako podpadające pod stawkę z art. 5 ust. 2 pkt 2 ustawy o podatkach i opłatach lokalnych.

Mgliste odwołanie do „doktryny prawa podatkowego” obudziło we mnie wolę walki w tej, jakże słusznej sprawie, pomimo tego, że daleko mi do statusu wybitnego specjalisty od prawa podatkowego. Niestety nie na długo, bo oto w dniu 27 lutego 2012 roku NSA, deliberując w siedmioosobowym składzie orzekł, że „garaż stanowiący przedmiot odrębnej własności, usytuowany w budynku mieszkalnym wielorodzinnym, podlega opodatkowaniu podatkiem od nieruchomości według stawki podatku przewidzianej w art. 5 ust. 1 pkt 2 lit. e) tej ustawy.

Nie ma oczywiście jeszcze uzasadnienia tejże uchwały, a całą posiadaną wiedzę – póki co – czerpać możemy z publikacji prasowych. Ale już te skąpe informacje pozwalają na sformułowanie pewnych wątpliwości pod adresem sposobu rozumowania NSA.

Jak zdaje się wynikać z motywów rozstrzygnięcia przedstawionych przez NSA, istotne znaczenie dla takiej, a nie innej decyzji miał fakt, że miejsce postojowe w garażu wielostanowiskowym stanowi odrębny od lokalu przedmiot własności, a „tylko miejsca postojowe, które zgodnie z prawem lokalowym stanowią pomieszczenie przynależne, mogą być opodatkowane tą samą stawką podatku co mieszkania„.

Tymczasem należałoby zapytać, po pierwsze: w którym miejscu Ustawa, w jakikolwiek sposób, uznaje za relewantny prawnie fakt odrębnej własności miejsca postojowego od samego lokalu oraz po drugie: jak NSA wyobraża sobie przypisanie miejsca postojowego w garażu wielostanowiskowym jako pomieszczenie przynależne do lokalu?

Zacznijmy od drugiego pytania. No więc na pewno sobie nie wyobraża, bo to niemożliwe. Miejsca postojowe w garażu wielostanowiskowym nie bez powodu prawnie przybierają formę określonego udziału we współwłasności nieruchomości, a to m. in. ze względu na fakt, iż nie mogą stanowić pomieszczenia przynależnego do lokalu w rozumieniu art. 2 ust. 4 ustawy o własności lokali, a więc nie będzie możliwe ujęcie ich w księdze wieczystej prowadzonej dla lokalu. Natomiast to nie zmienia faktu, że przeznaczenie takiej przestrzeni jest tożsame z przeznaczeniem wydzielonego garażu – a więc jak sama nazwa wskazuje – garażowanie.

I teraz przejdźmy do pytania pierwszego: domyślam się, że NSA rozumuje w ten sposób: jeżeli lokal jest mieszkalny, a garaż czy komórka lokatorska stanowiące pomieszczenia przynależne, jako ujawnione w księdze wieczystej lokalu, automatycznie przejmują funkcję mieszkalną. A miejsce postojowe mające formę udziału we współwłasności nieruchomości innej niż lokal stanowi odrębny przedmiot własności i tym samym „może stanowić osobny przedmiot opodatkowania”. Czyli a contrario należałoby przypuszczać, że nie można zastosować wyższej stawki podatkowej do garażu-niemieszkalnego, albowiem nie stanowi on odrębnego przedmiotu własności? Jak się jednak ma takie stanowisku wobec faktu, że przykładowo: prowadzenie w części lokalu mieszkalnego działalności gospodarczej będzie skutkowało zwiększeniem stawki podatku dla tej części lokalu? Skoro zatem można, to wówczas należałoby inaczej też opodatkowywać komórki lokatorskie, w których z założenia nie mieszkamy (a przynajmniej nie powinniśmy), a więc nie spełniają one funkcji mieszkalnej. Nikt tego jednak nie robi. Ale jeżeli możliwe jest zastosowanie innej stawki wobec części tego samego przedmiotu własności (w związku z innym jej przeznaczeniem) to należy dojść do wniosku, że dla ustawodawcy nie ma znaczenia ile nieruchomości w znaczeniu wieczystoskięgowym znajduje się w BUDYNKU, ale jakie jest przeznaczenie poszczególnych jego części (w sensie fizycznym), bo o częściach budynku art. 5 Ustawy też wspomina.

Reasumując zatem, w mojej ocenie wystarczy dokładnie przeanalizować brzmienie art. 5 Ustawy oraz sens jaki się w nim kryje, następnie zapoznać się z uzasadnieniem wyroku (ostatni akapit) NSA z dnia 12 października 2010 roku (II FSK 733/10) – w którym bardzo zgrabnie sąd wyjaśnił istotę miejsca postojowego w garażu, żeby dojść do wniosku, że to ostatnia uchwała NSA, to chyba nie do końca to, o co ustawodawcy chodziło.

Ale to oczywiście tylko moje zdanie. Być może ktoś inny będzie w stanie przekonać mnie, że stanowisko NSA ma ukryty sens. Póki co jednak sprawa ma się tak, że pomimo poczucia moralnego zwycięstwa zapłacić podatek będę musiał, a dziura budżetowa mojej gminy zmniejszy się (no a przynajmniej taką mam nadzieję).

Słów kilka o kosztach pomocy prawnej z urzędu

20/02/2012

Nie tak dawno temu Naczelna Rada Adwokacka podjęła temat temat stawek wynagrodzeń za czynności wykonywane przez pełnomocników z urzędu, a to w związku ze światłym pomysłem Ministerstwa Sprawiedliwości aby w sprawach o odszkodowanie lub zadośćuczynienie związane z warunkami wykonywania kary pozbawienia wolności lub tymczasowego aresztowania. wynagrodzenie ustalać nie wedle wartości przedmiotu sporu (czyli od 60 PLN do 7200 PLN) ale by była to kwota stałą – bodajże sto kilkadziesiąt złotych. Problem wynagrodzenia za tak zwane „urzędówki” jest oczywiście znacznie głębszy i nie ogranicza się tylko do wyżej wspomnianych spraw o odszkodowanie (..).

Dla mnie impulsem do nawiązania do tego tematu były ostatnie mrozy, które nawiedziły naszą część globu. A to dlatego, że w dniu kiedy termometry wskazywały temperaturę około -25*C zmuszony byłem opuścić mój przytulny szklany dom i przebyć pieszo odległość około jednego kilometra, która dzieli wspomniany szklany dom od sądu (o parkingu pod sądem nie ma nawet co marzyć), a to celem udziału w (chyba już 5 rozprawie) w sprawie eksmisyjnej, w której pełnię rolę pełnomocnika z urzędu. I zmagając się mrozem, tak sobie pomyślałem – że za kilkanaście godzin pracy w tej sprawie (wliczając w to jogging w syberyjskiej aurze), oprócz dozgonnej wdzięczności (której oczywiście nie sposób przecenić) klientki, czeka na mnie wynagrodzenie w kwocie 120 zł + VAT…

No i nie trudno było mi dojść do wniosku, że jeżeli roboczogodzina w zakładzie blacharskim, w którym naprawiałem samochód kosztuje minimum 120 zł albo jeżeli za czas 15 minut, w którym pan monter zainstalował na moim balkonie antenę satelitarną uiściłem wynagrodzenie w takiej samej kwocie, to stanowczo coś tu jest nie tak. I pojawia się pytanie – jak tutaj mieć motywację do jakiejkolwiek pracy, skoro w tym czasie można (przynajmniej próbować) zarobić więcej na wolnym rynku, a jeżeli nawet nie pracować, to nie robić nic i oddać się preferowanemu hobby celem zminimalizowania ryzyka zachorowania na miażdzycę.

Nie, proszę mnie źle nie zrozumieć – nie uważam, że fakt, iż stawki są jakie są, jest dla pełnomocnika przyzwoleniem na to, że może się „starać mniej” lub „inaczej” niż w sprawie z wyboru. Przeciwnie, sam wyznaję zasadę, że przykładać należy się tak samo i zasadę tę wcielam w życie (co myślę zainteresowani oraz sam właściwy sąd mogliby potwierdzić) ale trzeba jasno powiedzieć, że czas jaki trzeba poświęcić na sprawę z urzędu oraz potencjalna odpowiedzialność związana z prowadzeniem takiej sprawy w żaden sposób nie różnią się od tych z jakimi mamy do czynienia w sprawach z wyboru. Dlaczego więc zmuszać adwokatów do godzenia się na i pracy za takie wynagrodzenie, którego nikt na wolnym rynku i przy zdrowych zmysłach nie zaakceptuje.

Tak wiem. Ten zawód to (i jakkolwiek by nie był postrzegany w społeczeństwie) to pewnego rodzaju misja. Nie bez powodu bowiem z mocy ustawy „Adwokatura powołana jest do udzielania pomocy prawnej, współdziałania w ochronie praw i wolności obywatelskich oraz w kształtowaniu i stosowaniu prawa.„. Niemniej jednak dosyć trudno zgodzić się z tym, aby ta misja stanowiła wystarczającą podstawę do tego aby świadczyć usługi prawne na warunkach wynikających z Rozporządzenia w sprawie opłat adwokackich (…). To może przyziemne rozumowanie, ale samym poczuciem misji przysłowiowych składek na ZUS nie opłacimy. Oczywiście nie samymi „urzędówkami” adwokat żyje. Ale to żaden argument w tej dyskusji, bo nie chodzi w niej o to ile kto ma zarabiać przede wszystkim o tę rażącą dysproporcję pomiędzy nakładem pracy i odpowiedzialnością a kwotą ustalonego wynagrodzenia, której nie da się racjonalnie wytłumaczyć.

Czy zatem Rozporządzenie powinno ulec głębokiej reformie? Oczywiście, że tak. Aczkolwiek wszyscy chyba zdajemy sobie sprawę, że do tego daleka droga, bo pewnie byłyby do gwóźdź do trumny dla państwowego budżetu. Dobrze by jednak było aby opinia publiczna wiedziała się, że zawód adwokata to nie zawsze bajka, w której faktura z pięcioma zerami na końcu, gra główną rolę.

ps. nie jestem pewien czy temperatura powietrzna wynosiła wówczas dokładnie -25*C, ale celem zachowania odpowiedniego poziomu dramatyzmu historii, możemy przyjąć, że tak właśnie było😉

Ubogie „prawo ubogich” – kilka uwag o instytucji pełnomocnika z urzędu

17/11/2011

W dzisiejszej Gazecie Prawnej znalazłem artykuł, w którym autor wysnuwa tezę mniej więcej taką, że obywatele kradną na potęgę. Nie, nie jogurty w sklepie, ale nieodpłatną pomoc prawną, która im się w rzeczywistości nie należy. Czy rzeczywiście tak jest? Tego nie wiem. Z własnego doświadczenia powiedzieć mogę, że osoby, które dotychczas dane było mi w tych okolicznościach spotkać, raczej nie wyglądały jakby właśnie wróciły z urlopu w Dolomitach, ale to oczywiście jeszcze niczego nie dowodzi. Natomiast przy tej okazji, natchniony niedawnym osobistym (dosyć ciężkim) doświadczeniem, chciałbym spróbować wykazać jak nieżyciowe są obecne przepisy dotyczące ustanawiania pełnomocników z urzędu.

Każdy kto chociaż w małym stopniu skosztował „sądowego życia” wie, że fantazja ludzka w obliczu kontaktu z wymiarem sprawiedliwości czasami potrafi ponieść daleko. Dołóżmy do tego dosyć niską świadomość prawną społeczeństwa i mamy gotową receptę na sprawę, która przy udziale fachowego pełnomocnika – jako oczywiście pełnomocnika z urzędu trafia do sądu, chociaż nigdy nie powinna. Proszę mi wybaczyć to nieco mgliste wprowadzenie, ale chciałem jak najdelikatniej powiedzieć, że zdarza się, że obywatele w obliczu możliwości nieodpłatnego skorzystania z pomocy fachowego pełnomocnika, dosyć ochoczo występują z czasami absurdalnymi wręcz roszczeniami (często wskazując astronomiczną wręcz wartość przedmiotu sporu). I nie mówię tutaj o przypadkach gdzie „coś może być na rzeczy, więc należy to zbadać”, ale o takich, gdzie przykładowo ewentualne postępowanie musi skończyć się nawet odrzuceniem pozwu – z uwagi na niedopuszczalność sądową), względnie gdy przedstawiona przez stronę podstawa faktyczna zahacza o gatunek fantasy.

Ale co zrobić. Jest wniosek, to trzeba ustanowić pełnomocnika. Jeszcze kilka lat temu – kiedy ustanowienie pełnomocnika z urzędu było sprzężone ze zwolnieniem od kosztów sądowych, istniała podstawa prawna do tego aby w razie oczywistej bezzasadności powództwa lub obrony (obligatoryjnie) odmówić zwolnienia od kosztów, a tym ustanowienia samym pełnomocnika z urzędu (art. 117§2 KPC w brzmieniu sprzed 03.2006). Ale przepisy się zmieniły, art. 117§2 KPC został przeniesiony do ustawy o kosztach sądowych w sprawach cywilnych (obecnie znajdziemy go w art. 109 ust. 2 tejże ustawy) a w jego miejsce otrzymaliśmy art. 117§5 KPC, którzy stanowi że „Sąd uwzględni wniosek, jeżeli udział adwokata lub radcy prawnego w sprawie uzna za potrzebny„. Teoretycznie wszystko powinno być więc w porządku. Ale nie jest, bo o ile poprzedni przepis nie pozostawiał sądowi większego pola manewru – tj. w razie oczywistej bezzasadności sąd nie mógł udzielić zwolnienia od kosztów, to obecna regulacja jest znacznie bardziej podatna na rozciąganie. Co prawda „oczywista bezzasadność” jest oczywiście kwestią ocenną, niemniej jednak ewentualna błędna decyzja sądu w tym zakresie mogła by mieć istotne znaczenie reputacyjne.

A teraz? Teraz wystarczy, że sąd uzna, że udział pełnomocnika jest z jakiegokolwiek powodu w danej sprawie potrzebny. Czy to ma jakiś sens? W mojej ocenie niewielki. Wystarczy bowiem, aby strona sformułowała swoje oczywiście bezzasadne roszczenia w sposób nieco zagmatwany i już pojawi się potrzeba aby fachowy pełnomocnik dokonał sprecyzowania tych żądań przed sądem. Ale niestety, absurdalne żądanie ubrane w kodeksowe formułki, nadal będzie tylko absurdalnym żądaniem. Inna sprawa, że sądy widząc kilkustronicowe elaboraty w których strony wykazują, że fachowa pomoc prawna jest im niezbędnie potrzebna, zamiast zagłębić się w ich treść (aby ocenić czy pomoc adwokata jest rzeczywiście potrzebna lub ma jakikolwiek sens), wolą pozbyć się problemu i odbić piłeczkę do fachowego pełnomocnika, który będzie musiał zająć się sprawą.

Z tym wiąże się bardzo istotna kwestia kosztów, jakie strona będzie musiała ponieść w razie przegrania sprawy. Od pełnomocnika działającego na korzyść klienta należałoby oczekiwać, że podejmie działania na korzyść klienta, łącznie z tym, że uchroni klienta od konieczności ponoszenia takich kosztów. Fachowy pełnomocnik zapoznając się z aktami sprawy potrafi zatem ocenić czy sprawa ma jakiekolwiek szanse powodzenia. Jeżeli nie ma, to należałoby od niego rozsądnie wymagać aby w takim wypadku sporządził pisemną opinię i przedłożył ją sądowi, który przyznał stronie pomoc prawną. Wówczas sąd mógłby – po zapoznanu się z taką opinią – podjąć decyzję co do cofnięcia ustanowienie pełnomocnika z urzędu. Wówczas, o ile sprawa nie jest jeszcze w toku, strona – pouczona przez pełnomocnika i sąd, że jej roszczenia są bezzasadne będzie oczywiści mogła kontynuować sądową batalię, ale nie powiemy przynajmniej, że szkody majątkowej w postaci obowiązku zapłaty kosztów „winien jest system”.

Brzmi pięknie, ale póki co tylko brzmi, bo nie ma przepisów, które by na to pozwalały. Ślad takiej regulacji odnajdujemy w obecnym art. 118§5 KPC, który dotyczy jednak wyłącznie postępowania kasacyjnego (lub o stwierdzenie niezgodności z prawem prawomocnego orzeczenia). W obecnym stanie prawnym de facto zmusza się pełnomocników do działania na niekorzyść strony, albowiem finalnie to ona będzie musiała zwrócić koszty stronie przeciwnej.

Konkludując ten nieco przydługi wywód, można dojść do wniosku, że ustawodawca narzekając, że wysokie koszty pomocy prawnej udzielanej z urzędu obciążają budżet, nie robi nic, żeby w jakikolwiek sposób uszczelnić obecnie funkcjonujący system – zarówno w zakresie „majątkowym” – o którym pisze Gazeta Prawna, jak i „merytorycznym”, którego dotyczył niniejszy post. A czy można dziwić się pełnomocnikowi, że w sprawie o „milard milardów złotych” życzy sobie najwyższej stawki (7.200 zł) skoro musi spędzić sporo czasu na tym, żeby pozew (sensownie) w ogóle przygotować, a potem jeszcze z kamienną twarzą przedstawić żądanie pozwu przed sądem? Ja (bazując na swoich niedawnych osobistych doświadczeniach) się nie dziwię. I dziwić nie powinny się też sądy, które w zakresie „obcinania” należnego pełnomocnikowi wynagrodzenia, czasami dokonują oceny nakładu poniesionej pracy przez pryzmat sensowności dochodzonego przez stronę roszczenia.

Na koniec jedna istotna uwaga. Proszę nie odczytywać mojego powyższego stanowiska jako pochwały twierdzenia o braku konieczności istnienia instytucji pełnomocnika z urzędu. Tak oczywiście nie jest. Są ludzie, których nie stać na opłacenie pomocy prawnej, bez której nie poradzą sobie przed sądem przy ochronie naruszonych interesów. Nie jest też tak, że każda sprawa w której ustanowiony jest pełnomocnik z urzędu dotyczy roszczeń oczywiście bezzasadnych. Przeciwnie, czasami są one bardzo zasadne. I w takich właśnie wypadkach powinna funkcjonować instytucja pełnomocnika z urzędu. Będzie to z pożytkiem dla sądów, samych pełnomocników, ale przede wszystkim obywateli.

Aplikancka zdolność podpisywania

10/10/2011

Co prawda nie minęło zbyt wiele czasu od chwili kiedy dostąpiłem „stanu adwokackiego”, ale zupełnie wystarczyło, abym całkowicie stracił wiedzę co do aktualnych problemów „stanu aplikanckiego”. O jednym z nich – ponoć bardzo istotnym – dowiedziałem się całkowicie przypadkiem. Poniżej, kilka słów własnej refleksji w tym zakresie.

O co chodzi? Ano o to, że wedle ukutego jakimś sposobem poglądu aplikant adwokacki w ramach upoważnienia udzielonego przez adwokata na podstawie art. 77 ustawy Prawo o adwokaturze, nie może podpisywać pism procesowych.

Z zebranych informacji (w sposób jednak dosyć pobieżnie) wynika, że część sędziów podziela to stanowisko (przykład wyrok NSA z 4 lutego 2009r,, sygn. akt: I GSK 368/08), a jednomyślności nie ma nawet u źródła (tj. w Adwokaturze). Jak się również dowiedziałem przyczyną tego nieszczęścia jest w znacznej mierze obecne brzmienie art. 35(1) ust. 4 ustawy o radcach prawnych, w którym to ustawodawca postanowił, że:

4. Aplikant radcowski może sporządzać i podpisywać pisma procesowe związane z występowaniem radcy prawnego przed sądami, organami ścigania i organami administracji publicznej – z wyraźnego upoważnienia radcy prawnego, z wyłączeniem apelacji, skargi kasacyjnej i skargi konstytucyjnej.

Z powyższego wywodzi się zatem, że skoro w prawie o adwokaturze nie ma takiego analogicznego zapisu to wniosek może być tylko jeden – tzn. aplikant adwokacki w ramach zastępstwa adwokata przed sądem (art. 77) nie może podpisywać pism procesowych. Jest to jednak – oczywiście w mojej skromnej ocenie – wniosek zbyt daleko idący i przez to błędny.

Po pierwsze zastanówmy się co to znaczy, że aplikant może „zastępować adwokata przed sądem„. Żeby odpowiedzieć na to pytanie, wcześniej należy zapytać – a co to znaczy, że adwokat może występować przed sądem? Ano w uproszczeniu znaczy to tyle, że może (i) wziąć udział w rozprawie, posiedzeniu i w toku tego posiedzenia dokonać każdej czynności procesowej lub dyspozycji materialnej jaka wynika z zakresu udzielonego pełnomocnictwa procesowego, jak również (ii) podpisać każde pismo procesowe skierowane do tego sądu, (iii) podjąć wszelkie inne czynności, które nie są ad (i) albo ad (ii) które sobie wymyślimy, a których konieczność podjęcia zajdzie w sprawie.

I teraz – jeżeli ustawodawca zezwala aplikantowi na „zastępowanie adwokata przed sądem” to nie widzę jakichkolwiek normatywnych podstaw aby ograniczać zakres działania aplikanta podług zakresu działania adwokata (oczywiście nadal mamy na względzie rozróżnienie pomiędzy ust. 1 a ust. 2 art. 77) wyłącznie do występowania przed sądem w postaci zjawienia się na sali rozpraw. Zastanówmy się z resztą jaki to by miało sens? Skoro aplikant mógłby na rozprawie – w skrajnym przypadku cofnąć pozew/apelację (nawet ze zrzeczeniem się roszczenia) – a więc, że tak to nazwę wręcz „w sensie procesowym unicestwić swojego klienta”, to jaka to różnica, czy zrobi to ustnie, czy pisemnie. Żadna. Ewentualnie na korzyść pisemności – bo jeżeli pismo wysłano pocztą, to zawsze można je cofnąć. Nie można również, w żadnym wypadku zgodzić się ze stwierdzeniem, że „zastępowanie przed sądem” (naciskiem na słowo „przed”) oznacza, że aplikant może zastępować adwokata wyłącznie w sytuacji, w której fizycznie znajduje się „przed” sądem rozumianym jako skład orzekający ubrany w przepisową togę. To byłaby raczej fantazyjna wykładnia.Ja zatem skupiałbym się na słowie „zastępować”.

Nie wierzę zatem aby ówczesny ustawodawca miał w zamyśle wprowadzenie tak bezsensownej regulacji. Jak zatem wyjaśnić fenomen art. 35(1) ustawy o radcach prawnych? Ano tak, że w tym wypadku, z jakiegoś względu ustawodawca pokusił się o regulację szczególną wobec ust. 1 i częściowo ograniczył zakres umocowania aplikanta radcowskiego w ten sposób, że podpisanie pism może nastąpić z wyraźnego upoważnienia radcy prawnego, a możliwość podpisania niektórych pism została w całości wyłączona.

Argumentem w dyskusji może być również porównanie obecnego (jeżeli ufać stronie WWW krakowskiej Rady Adwokackiej) brzmienia §13 Regulaminu aplikacji adwokackiej, z którego usunięto zapis ust. 3., a który stanowił, że:

Upoważnienie do zastępstwa w sprawie nie uprawnia aplikanta adwokackiego do podpisywania w imieniu zastępowanego adwokata pism procesowych. Aplikant adwokacki może jednak, po uzgodnieniu z patronem, złożyć w imieniu zastępowanego adwokata wnioski dowodowe, wniosek o uzupełnienie lub sprostowanie protokołu, załącznik do protokołu rozprawy oraz wniosek o sporządzenie uzasadnienia orzeczenia

Nawet jednak w okresie obowiązywania uprzedniego wersji regulaminu nie można było mówić o ustawowym ograniczeniu zakresu działania aplikanta (taki regulamin to przecież nie źródło prawa), a ewentualne podpisanie przez niego pisma mogło oznaczać najwyżej odpowiedzialność dyscyplinarną. Nigdy jednak nie mogło przesądzać o nieważności postępowania (a co pewnie niektórym by się marzyło).

A co się tyczy aplikantów radcowskich i wspomnianej (dziwnej) regulacji dotyczącej podpisywania pism, jaka znalazła się w „ich” ustawie, to aby ustalić co poeta miał na myśli, pozostaje mi odesłać zainteresowanych bezpośrednio do właściwych posłów Sejmu burzliwej V Kadencji, albowiem nawet w sejmowym archiwum (tym) brak jest jakichkolwiek materiałów z których możnaby wnioskować cokolwiek w tym temacie.